piątek, 17 sierpnia 2018

Rozdział 11


Svea szybko wybiła Brekce z głowy idiotyczny pomysł namawiania jej do poślubienia go jak najszybciej, najlepiej na dniach. Musiała brutalnie mu przypomnieć, że wciąż nie powiedziała, że go poślubi, ale jemu jednym uchem to tłumaczenie wpadało, a drugim wypadało. Po tym, jak dowiedziała się, że zaczął dogadywać z nadwornym kucharzem jadłospis na ucztę weselną, a nawet zamówił odświętny kontusz u krawca, musiała wziąć sprawy w swoje ręce i porządnie nim potrząsnąć. Na szczęście nie musiała w to wkładać nie wiadomo ile energii, bowiem po kilku dniach przekonywania przyszłego cesarza, że pomysł jest co najmniej zły, a ona wcale nie wyraziła zgody, wydarzyło się coś, co zajęło ich myśli zgoła czym innym.
— Wiedźmo? — dobiegł Sveę znajomy, dziewczęcy głos.
Zwróciła swoje różnokolorowe oczy na stojącą w drzwiach Eddę. Jasne, słomiane włosy, które powychodziły jej ze splotu niechlujnego warkocza i wchodziły w oczy, uparcie z zacięciem odrzucała do tyłu. Spoglądała na nią odważnie kocio zielonymi oczami swojej matki, zadzierając nos i przybierając doprawdy władczą jak na trzynastolatkę postawę. Svea wiele by dała, by w jej wieku mieć tyle siły i śmiałości
Svea zrobiła pytającą minę.
— Mój głupi brat twierdzi, że będziesz moją ciotką — oświadczyła tak, jakby fakt posiadania wiedźmy za ciotkę dotknął ją do żywego.
Svea nie mogła powstrzymać śmiechu.
— Twój brat jest głupi, bo byłabym tylko żoną twojego brata. To nie jest to samo co ciotka — powiedziała dziewczynce. — Ale wcale nie powiedziałam, że go poślubię. On sobie ubzdurał, że się zgodziłam, ale ja niczego takiego nie powiedziałam — sprostowała, a potem popatrzyła na Eddę spod oka. — A co, to byłoby źle?
Edda popatrzyła na Sveę tak, jakby rzeczywiście zastanawiała się, czy to źle, czy dobrze. Ostatecznie wzruszyła ramionami, jakby niespecjalnie ją to obchodziło.
— Moja mama jest wiedźmą — oświadczyła. — I ty też jesteś wiedźmą. Dlaczego ja nie jestem? Nauczysz mnie czarować?
— Nie, nie nauczę cię czarować, bo, jak bardzo trafnie zauważyłaś, nie jesteś wiedźmą — rzekła na to spokojnie Svea.
Dziewczynka wydęła wargi w wyrazie najwyższego oburzenia.
— A dlaczego ty jesteś? To niesprawiedliwe, że obie jesteście wiedźmami i obie będziecie cesarzowymi!
— Nikt nie powiedział, że będę cesarzową, Eddo. Mniej słuchaj swojego niemądrego brata.
Svea nie bardzo wiedziała, co na to rzec. Rozumiała, że Edda jako drugie dziecko miała prawo czuć się rozgoryczona. A ona ostatecznie na cesarzową wcale się nie pchała, to byłby jakby efekt uboczny tego wszystkiego, który zresztą zawsze był jednym z głównych powodów do mówienia „nie” na wszelkie próby oświadczania się Brekki. A teraz jasnym się stało, że nigdy nią nie zostanie. Za to pozycja Eddy stała się niepewna i Svei aż kręciło się w głowie, że to na niej ciąży taka odpowiedzialność. Nie uznała jednak za stosowne sprostowania tego, co Edda jej powiedziała. Nie uważała, że to ona powinna ją poinformować, że jeszcze nie jest pewne, czy aby to ona nie zostanie cesarzową, przynajmniej tak długo, jak Svea przemyśliwała całą tę sprawę. Ciążyła jej myśl o podjęciu tej decyzji. Do której, prawdę powiedziawszy, mogła wcale nie dożyć.
Czuła, jak dreszcze przebiegają po jej kręgosłupie, ale nic nie dała po sobie poznać.
— A więc chcesz być cesarzową, tak? — zapytała Eddę, a dziewczynka zaraz poczerwieniała.
— Wcale nie! — zawołała. — Żeby cały dzień siedzieć z tyłkiem na tronie i przyjmować nudnych posłów? Nuuuuda! Nie, ja wolę być wojskową! Ale to takie niesprawiedliwe, że nie dość, że jesteście wiedźmami, to obie będziecie cesarzowymi! Nie chcę być cesarzową, ale wiedźmą, to i owszem!
Svea bardzo chciała się bronić i powiedzieć, że nie, nigdy nie zostanie cesarzową, ale ugryzła się w język.
— A co na to twój tata? — zapytała Eddę Svea, uśmiechając się do niej przymilnie.
Edda jeszcze bardziej się naburmuszyła.
— Tata się cieszy z mojego nieszczęścia!
Svea zaśmiała się na to serdecznie.
— Nikt się nie cieszy z twojego nieszczęścia, zapewniam cię — rzekła jej Svea. — A kto powiedział, że bycie wiedźmą to takie szczęście? Wiesz, że kiedy byłam w twoim wieku, rodzice wysłali mnie na wyspy, do szkoły dla wiedźm, jak ty to mówisz, i od tamtej pory prawie wcale ich nie widuję? Chciałabyś, żeby matka i ojciec wysłali cię do szkoły?  I wcale ich nie widywać? Bo widzisz, ja wcale tego nie chciałam, ale nie bardzo miałam wybór. Wszystkie „wiedźmy” muszą się tam uczyć, wiesz?
Słowa Svei najwyraźniej dały jej nieco do myślenia, bowiem jej mina stała się nieco mniej harda.
— Czyli nie pokażesz mi, jak zamienić Brekkę w żabę?
— Nie za bardzo. — Svea mrugnęła do niej wesoło.
— A Drewniaka zamieniłaś w drewno!
Svea przez chwilę zastanawiała się, o czym też Edda do niej mówi i dopiero po długiej chwili pojęła, że ma na myśli Runego. Tak, Rune rzeczywiście mógł sprawiać wrażenie zrobionego z drewna. Zresztą, Svea wiedziała, że nie bardzo mija się to z prawdą.
— Ja go nie zamieniłam w drewno — powiedziała spokojnie.
— Ale on powiedział, że robisz tak, jak się na niego złościsz!
Svea zmarszczyła brwi.
— Kiedy ci tak powiedział, Eddo? — zapytała ją.
Nie pamiętała, żeby Rune i Edda mieli wiele okazji do rozmów. Dziewczynka popatrzyła na Sveę tak, jakby ta była co najmniej niespełna rozumu.
— Przed chwilą.
Svea podniosła się z krzesła i spojrzała na Eddę poważnie.
— Rune jest w zamku? — zapytała, a dziewczynka skinęła głową.
— Czeka na ciebie na dole.
— Poprosisz go, żeby tu do mnie przyszedł? — zapytała grzecznie Svea. — Będę ci bardzo wdzięczna. I może jednak przemyślę kwestię zamienienia Brekki w żabę.
Ten ostatni argument najwyraźniej na Eddę podziałał, bowiem uśmiechnęła się szeroko i pobiegła schodami w dół, nie zważając już na Sveę.
— Drewniaku! — zawołała dziewczynka. — Wiedźma chce, żebyś do niej przyszedł!
Svea tęskniła za Runem. Nie myślała o nim, przytłoczona wydarzeniami ostatnich dni, ale teraz z bólem uświadomiła sobie, jak bardzo jej go brakowało. Przykro jej było, że Brekka był tak o niego zazdrosny — nie miał ku temu najmniejszych powodów, ale Svea pojmowała, skąd taki pomysł. Ona i Rune byli sobie bliżsi niż ktokolwiek inny. W końcu byli ze sobą praktycznie od dnia jej urodzenia, z wyłączeniem dwóch pierwszych lat życia. No i Rune przecież nie byłby sobą, gdyby jeszcze Brekki nie podpuszczał.
Svea uśmiechnęła się na wspomnienie pięknego, białowłosego elfa o świecących jak złoto oczach, który podarował jej Runego. Dziwne było, że zachowała wspomnienie z tak młodego wieku, miała wtedy bowiem niespełna trzy lata, ale pamiętała to wszystko tak wyraźnie, jakby zdarzyło się wczoraj.
Ojciec zostawił ją na podwórzu, udawszy się do domu, do matki, w odpowiedzi na jej wołanie, aby zobaczyć, czego jej trzeba. I gdy tylko zniknął za drzwiami, na drodze pojawił się elf — wysoki, smukły i tajemniczy, o serdecznym uśmiechu na dziewczęco urodziwej twarzy. Przyszedł do niej i powitał ją wzniosłymi słowy, a mała Svea tylko spoglądała na niego zaciekawiona. Elf podarował jej wtedy drewnianą figurkę z przywiązanym doń sznurkiem tak, by mogła nosić ją na szyi. Pamiętała, jak poprosił ją, by dała figurce imię. Svea wiedziała już wtedy, że jej dziadkowie nazywali się Magnus i Olof, a babcie — Runa i Kristina. Jedynie babci Runy nie znała i coś tknęło ją, by nazwać figurkę jej imieniem. Instynktownie czuła jednak, że figurka jest chłopcem, dlatego nadała mu imię Rune.
Nie wiedziała wtedy, kim był elf, ale była gotowa ofiarować mu wszystko, co miała w podzięce za wiernego przyjaciela, tak bliskiego jej sercu. Teraz
Słyszała jego kroki, przypominające odgłos uginających się na wietrze konarów drzew. Czuła, że serce bije jej szybciej, a kiedy pojawił się w drzwiach, uśmiechając się do niej serdecznie i spoglądając z właściwą mu, niezmierzoną czułością, nie mogła się nie roześmiać.
Wstała i uścisnęła go mocno, pozwoliła mu się objąć szorstkimi, twardymi i zniekształconymi ramionami. Nikt nie mógł jej odebrać radości z tego spotkania. Dopiero po długiej chwili odsunęła się i popatrzyła na Runego. Nic się nie zmienił — twarz miał niekształtną, jakby nieumiejętnie wyciosaną z drewna, ale dla Svei ona była najpiękniejszą, jaką mógł nosić. Był niski, nie większy niż ona sama, kaleki — z trudem trzymał się prosto i utykał, gdy chodził, a jego rękom brakowało kilku palców. Włosy, przypominające plątaninę siana i wodorostów, sterczały mu we wszystkie strony, a w nieludzkich, wściekle zielonych oczach błyszczała radość i czułość. Wyglądał zupełnie jak zawsze.
Svea kochała Runego jak brata, którego nigdy nie było jej dane mieć.
— Witaj, przyjacielu — rzekła, uśmiechając się do niego szeroko. — Tęskniłam.
— I ja tęskniłem, Sveo — rzekł jej na to i odpowiedział jej uśmiechem, ukazującym wszystkie jego ostre zęby. — Słyszałem, że wychodzisz za mąż.
— Cóż, nigdy nie powiedziałam „tak”, ale brak odmowy został najwyraźniej uznany za zgodę — wyjaśniła i wpuściła go do komnaty. — Ale Brekka tego nie rozumie i zdążył się już umówić do krawca. Przy czym nadal podtrzymuję, że zgodziłam się jedynie to przemyśleć. Tak więc nie, na chwilę obecną nie wychodzę za mąż. Wejdź, proszę, usiądź gdzie chcesz. Napijesz się czegoś? A może coś zjesz? Mam posłać po służącą?
— Nie, nie. — Machnął na jej troskę ręką. — Myślę, że najpierw musimy pomówić o poważniejszych sprawach. Ale za chwilkę. Chcę ci tylko powiedzieć, że możesz tego nie okazywać, ale ja dobrze wiem, jaka jesteś szczęśliwa. I dobrze wiem, że prędzej czy później się zgodzisz. Bardzo się twoim szczęściem cieszę.
Svea zaśmiała się na te słowa nerwowo.
— Och, na razie nic takiego nie wchodzi w rachubę, ale dziękuję. — Zaraz spoważniała. — Wiesz, Rune, sądzę, że będę musiała powiedzieć Brekce kim jesteś. Wydaje mi się, że on tego zupełnie nie pojmuje, no i jest o ciebie strasznie zazdrosny. I to jest twoja wina, nie myśl, że nie wiem.
Rune uśmiechnął się krzywo, a potem popatrzył na nią z najwyższą powagą i skinął głową.
— Oczywiście, powiedz mu. Rozumiem, że skoro zdecydowałaś się rozważyć kwestię poślubienia go, to o wszystkim mu powiedziałaś?
Svea pokiwała głową, sztywniejąc nagle na wzmiankę na ten temat.
— Tak, powiedziałam.
— I jak to przyjął?
— Nie najgorzej, skoro ciągle mnie chce — bąknęła Svea. — Sądzę, Rune, że on nie do końca pojmuje. Dla niego to wszystko jest takie proste. Zabijemy go i już, po wszystkim. On nie pojmuje…
Jej głos zadrżał, a sztywna, kaleka dłoń Runego na jej własnej pomogła jej się opanować.
— On ma rację, Sveo — rzekł spokojnie mężczyzna. — Uda nam się. Znalazłem jednego z nich. Tego z tych nieudanych, nieposłusznych Azarusowi. Musisz pojechać ze mną i go obudzić. Uważam, że on nam pomoże.
Svea popatrzyła na niego zaskoczona i zamrugała. Wpatrywała się w niego w głębokim szoku.
— Naprawdę? — zapytała. — Och, to cudownie. Czy to jeden z tych, których udało mi się… zidentyfikować?
Rune pokręcił głową, aż zatrzeszczał.
— Nie, to jeden z tych dwojga, których było nam brak — wyjaśnił. — To chłopiec, mag. Na imię mu Joona, i zdaje się, że podobnie jak ty jest z Karjalaal. Ale, jak mi się zdaje… to nie będzie, niestety, takie proste, jak to było… z nim.
Svea pojmowała, że Rune miał na myśli budzenie Lorcana.
— Zasada jest ta sama, potrzebujemy twojej krwi — wyjaśnił jej. — Pojedziemy i po prostu go obudzimy. Z tym, że wpierw musimy rozwiązać dwie zasadnicze kwestie. Po pierwsze, on się znajduje na terytorium Plemieńców.
Svea popatrzyła na niego w głębokim szoku.
— Przecież przenigdy nie uda nam się tam dostać — powiedziała cicho.
— Sveo, czasami twój brak wiary w siebie doprowadza mnie doprawdy do szału — oświadczył poważnie, karcącym tonem Rune. — Jesteś wyjątkowa. Jeżeli ktokolwiek może tego dokonać, to jedynie ty.
— Dlaczego, że nie potrzebuję wzmacniających napojów? — zapytała jakoś sceptycznie. Wszyscy jej to powtarzali. Że jest kimś wielkim. Ale ona nie mogła dopatrzyć się w sobie tej wielkości — owszem, miała może nieco więcej możliwości niż inni. Ale to jeszcze nic nie znaczyło. Być może miała spory potencjał, ale za nic nie potrafiła go wykorzystać. Czuła się jak obdarowana przez los miernota.
— Nie na tym polega twoja wielkość — rzekł jej łagodnie Rune, a ona popatrzyła na niego z mieszanką wdzięczności i zwątpienia na twarzy.
— A jeśli się co do mnie mylicie? — zapytała. — Jeżeli wy wszyscy tkwicie w błędzie? Ty, Lorcan, wszyscy? Jeśli jestem tylko zwyczajną miernotą, jeżeli zawiodę wasze oczekiwania? Nie czyń ze mnie kogoś, kim nie jestem, Rune. Ja nie umiem sobie poradzić. Chciałabym, ale nie umiem.
— I nie będziesz umiała, dopóki w siebie nie uwierzysz. Musisz wierzyć, że potrafisz. Wiara czyni bardzo wiele.
— Wiara nie wystarczy.
— Niechybnie. — Skinął głową. — Szczególnie wtedy, kiedy ci jej brak.
Była w jego słowach mądrość, Svea ją dostrzegała. Ale nie potrafiła się zmusić, by uwierzyć. Nigdy nie czuła się wyjątkowa. A już z pewnością nie do tego stopnia, by sprostać rzeczom niemożliwym.
— To jest twój największy problem, najdroższa Sveo — rzekł Rune, zmuszając ją, by na niego popatrzyła. — Każdy z nas w ciebie wierzy. Ja w ciebie wierzę. Ja wiem, że jesteś przeznaczona do wielkich celów. Twoi rodzice to wiedzą, choć nie pojmują w czym rzecz. Lorcan też to wie, aż nazbyt dobrze wie. I Joona będzie wiedział. Zostałem dla ciebie stworzony i wiem, że nie stworzono mnie przez pomyłkę. Nie potrafię ci wyjaśnić tego uczucia, ale wiem, że nie popełniono błędu. Jestem opoką dokładnie dla tej osoby, dla której miałem nią być.
Svea, chociaż jego słowa tak naprawdę niewiele zmieniły, poczuła się bardzo podniesiona na duchu. Zaraz jednak zajęła myśli czymś innym.
— Mówiłeś o dwóch kwestiach — rzekła. — Po pierwsze, Plemieńcy. A po drugie?
— Po drugie — zaczął Rune — każdy z nich jest… nieudany. Lorcan nie potrafi utrzymać ciała poza Saarthal. A Joona jest chory. Jego organizm trawi zaraza i choć nie jest ona groźna dla nikogo poza nim samym, to potencjalnie uniemożliwia nam to zabranie go z ziem Plemieńców.
— Potencjalnie uniemożliwia? — zapytała Svea. — Sądzisz, ze jest na to jakiś sposób?
— Przypuszczam, że tak — odparł. — To wszystko działa tak, że Dziewięciu może zostać zbudzonych poprzez potomków boskich wybrańców, takich jak ty. Ale tylko na krótki czas. Ty możesz obudzić ich właściwie na zawsze, są jednak związani z miejscem swojego spoczynku… Cóż, może to marny powód do snucia tak śmiałych domysłów, ale śmiem twierdzić, ze skoro umiesz złamać ograniczenia czasowe, jakie Azarus na nich nałożył, skoro to jest możliwe, to nie widzę żadnego powodu do zakładania, że i tych przestrzennych ograniczeń nie można złamać. Myślę jednak, że wpierw trzeba by pojąć, jak i dlaczego sprawiasz, że oni nie muszą wracać do swoich domen. Lorcan dobrze to wie, dlatego sądzę, że niegłupio będzie założyć, że w wypadku, gdyby nic nie udało nam się dowiedzieć, Joona będzie w stanie udzielić nam jakichś informacji.
— A dlaczego zakładasz, że to zrobi?
— Opowiem ci innym razem — rzekł Rune. — To długa historia, ale mam powody sądzić, że nie odmówi nam pomocy. On jest nieudany nie tylko pod tym samym względem, co pozostali. Zdaje mi się, że został w to wciągnięty wbrew swojej woli i jeżeli damy mu szansę uwolnienia się z więzienia Azarusa, to będzie nam więcej niż wdzięczny.
— To są, moim zdaniem, bardzo śmiałe założenia.
— Nic więcej nie mamy — powiedział cicho Rune.
Svea dobrze to wiedziała. Pojmowała, że to oni byli na straconej pozycji. Jak tu walczyć z półbogami? Jak dowiedzieć się czegoś o sprawach zapomnianych przed tysiącami lat? Svea nie wierzyła, by miała dość sił, by stanąć do takiej walki, ale w tej chwili większym problemem było to, że nie miała nawet możliwości dowiedzenia się w jakikolwiek sposób, co miałaby uczynić? Ta świadomość przytłaczała, a zimowe przesilenie zbliżało się z każdym dniem nieubłaganie, i choć była dopiero wczesna wiosna, ona już lękała się na to, co miała przynieść mroźna, frostengeirska zima. Czuła, że tym razem to przejdzie jej najstraszliwsze oczekiwania i lęki. To był ostatni rok, a ona wiedziała, ze przyjdzie z pustymi rękoma. Nie dane będzie jej tego przeżyć. A jeśli nawet, to pozostanie jej egzystencja w lodowatej, ciemnej głębi, tam, gdzie nikt nie wydrze jej już temu nikczemnikowi z łap i gdzie wreszcie da mu to, czego tak pragnął. 
Ta myśl sprawiła, że wstąpiły w nią siły. Nie mogła mu się po prostu poddać. Musiała walczyć, nawet jeśli ta walka była od samego początku skazana na niepowodzenie.
— Och, wróciłeś? — Uszu Svei dobiegł głos Brekki.
Odwróciła się i ujrzała go, opartego o framugę w otwartych drzwiach jej komnaty. Nie patrzył na nią, ale na Runego. Svei było niezmiernie przykro, kiedy musiała patrzeć na to, jak wielką niechęcią darzył najbliższego jej sercu przyjaciela. Musiała koniecznie tę sprawę wyjaśnić i zażegnać.
— Tak, wróciłem — odparł spokojnie Rune, nie zmieniając uprzejmego wyrazu twarzy, z jakim uprzednio spoglądał na Sveę.
Obaj przez długą chwilę mierzyli się wzrokiem, a napięcie narastało z sekundy na sekundę. Aż wreszcie Svea stwierdziła, że ma tego serdecznie dość.
— Dość tego, zachowujecie się jak dzieci — oświadczyła dziarskim tonem. — Brekka, wchodź i siadaj.
Chłopak popatrzył na nią zdziwiony, ale usłuchał. Wszedł i zasiadł na krześle, które przed chwilą ona zajmowała.
— Porozmawiamy sobie o Runem — oświadczyła, krzyżując ręce pod biustem i spoglądając na nich obu surowo. — Bo mam serdecznie dość waszych humorów.
Rune wyglądał na uprzejmie zainteresowanego całą tą sytuacją, natomiast Brekka wydął po dziecięcemu wargi i przybrał obrażoną minę.
— Po pierwsze, Rune jest dla mnie najdroższym przyjacielem i nikim więcej, masz sobie to raz na zawsze wbić do głowy — mówiła do Brekki.  — Ale dobrze, rozumiem, że masz problem, szczególnie — spojrzała z ukosa na Runego — że on tylko dolewa oliwy do ognia. A więc dobrze, powiemy ci kim jest Rune i mam nadzieję, ze wreszcie pójdziesz po rozum do głowy.
Popatrzyła po nich, czy aby na pewno nie zamierzają się w jej przemówienie wtrącać i kontynuowała.
— Może pamiętasz, ale gdy przyjechałam do Grotu miałam coś na szyi.
— Tak, pamiętam — odparł jej na to Brekka, marszcząc brwi. — Miałaś, zdaje się, taką paskudną, drewnianą figur…
Urwał i popatrzył z największym niedowierzaniem na Runego.
— Nie.
— Cóż… Tak.
Brekka spoglądał to na Sveę, to na Runego, nie mogąc wydusić z siebie słowa.
— To jest — rzekł w końcu — niemożliwe.
— A jednak tu jestem — rzekł Rune, a uśmiech wykrzywił jego szpetną, jakby wyciosaną z drewna twarz.
— Ale nie w taki sposób — upierał się Brekka. — To jest niemożliwe. Magia ma swoje granice, a to… Bogowie, Svea, ty to zrobiłaś?
— Nie, oczywiście, że nie — rzekła na to spokojnie czarodziejka. — Tak jak mówisz, magia ma swoje granice i nie jestem w stanie pojąć, jak to się stało. Nigdy nie powiązałabym zgubienia tej figurki z Runem. Nigdy. Ale patrzę na niego i wiem, że to prawda. Gdy go ujrzałam, wiedziałam. Zabrano mi mój talizman, a dano mi przyjaciela.
Brekka miał taką minę, jakby to wszystko działo się dla niego stanowczo zbyt szybko, jakby nie całkiem potrafił to objąć rozumem.
— Ale jak? — wydusił z siebie wreszcie.
— Nie wiem — odparł mu na to Rune. — Nie mam… pamięci tego wydarzenia. Ale Svea mówi ci prawdę. Jako ta nieszczęsna figurka miałem świadomość. Nie ludzką, polegała ona bardziej na przyjmowaniu odczuć… I wielkim poczuciu moralności. Zostałem jej dany, by kształtować jej charakter. Nasze umysły jakby były jednością, mogłem podsuwać jej sugestie tego, co moim zdaniem było dobre, a co złe. Zaszczepiałem w jej umyśle myśli o tym, jak powinna się zachować. Kiedy wybaczyć, a kiedy karać. Ale to była egzystencja zupełnie niepodobna do tej. Nie miałem możliwości kształtowania myśli, zdań. Miałem tylko uczucia, na wszystko inne byłem ślepy. A potem podarowano mi to nieudane ciało — skrzywił się, a jego twarz wydała się przez to jeszcze bardziej szpetna. — Ale jestem za nie wdzięczny. Wspaniale jest wieść człowieczy żywot. Nie wiecie nawet, jak wiele zostało wam dane.
Rune wyjaśnił jej już swoją rolę i musiała przyznać, że czuła się nieswojo. Jak daleko wpłynął na jej charakter? Czy mogłaby być zupełnie inną osobą, czy też raczej niewiele różniłaby się od obecnej siebie? Na te i inne pytania brakło jej czasu. Ale, oczywiście, zamierzała to nadrobić.
— Tak po prostu jest i obawiam się, że musisz to zaakceptować — rzekła Svea. — Nie musisz być zazdrosny. I nie musisz tak krzywo na niego patrzeć. Rune jest moim przyjacielem i towarzyszem, nic ponadto.
— No cóż… —  Brekka nadal wyglądał na co najmniej zdezorientowanego, jeśli nie powątpiewającego w ich słowa. — Niech wam będzie. Załóżmy, że jestem gotów w to wszystko uwierzyć. Powiedzcie mi tylko jedno: dlaczego? Dlaczego ktoś dał figurce świadomość, a potem życie?
— Bo chyba uznano, że sama sobie nie poradzę — rzekła spokojnie Svea.
— Nie poradzisz z czym?
— Nie wiem jeszcze — odparła. — Nie wiem, ale musimy pojechać do Antremural i sądzę, ze tam znajdziemy odpowiedź.
Svea skłamała, choć jej prostolinijna natura mocno się przed tym wzbraniała. Ale jak zachowałby się Brekka, gdyby powiedziała mu, że chce się udać na ziemie Plemieńców? Nigdy, przenigdy by jej nie puścił, a jeśli nawet, to z całą pewnością pojechałby za nią. A do tego Svea nie mogła dopuścić. Brekka musiał odziedziczyć tron. Nie chciała nic ujmować małej Eddzie, ale ona z pewnością nigdy nie będzie się do tego nadawała. Zresztą, przecież nie życzyła też Brekce źle i nie mogłaby narazić go na niebezpieczeństwo. Był wszak przyszłym cesarzem, a o sobie jakoś nie potrafiła myśleć, jak o przyszłej cesarzowej.
       Dlatego aż zaklęła szpetnie w myślach, kiedy Brekka oświadczył:
       — Och, a więc coś znaleźliście? Doskonale. Kiedy możemy wyruszyć?
       — Przez „my” Svea miała na myśli mnie, siebie i Skallego, jak sądzę — rzekł chłodnym, obojętnym tonem Rune.
       Brekka popatrzył na niego piorunującym wzrokiem.
       — Ja nie pozwolę…
       — Obawiam się — powiedziała głośno Svea — że Rune ma rację. Pojedziemy tam sami. To tylko Antremural, nic mi nie będzie. Skallego zabieram dla towarzystwa, nie ochrony.
       To właściwie była prawda, ponieważ pomoc Skallego wśród Plemieńców raczej na nic się nie zda. Gdyby to od niej zależało, to nigdy nie pozwoliłaby mu pojechać, ale wiedziała dobrze, że do pozostania w Grocie musiałaby go przymusić. Nie mogła tego uczynić, zbyt wiele razem przeszli i za bardzo go szanowała.
       — Więc tym bardziej: dlaczego nie mogę jechać? — dopytywał Brekka. Z całą pewnością zdawał sobie sprawę z tego, ze coś przed nim ukrywają.
       — Im nas mniej, tym taniej i szybciej — rzekła chłodno. — Nie wezmę ani grosza od twego ojca. To moja wyprawa i ja za nią zapłacę.
       — Więc ja zapłacę za siebie.
       — Będzie dłużej — rzekła. — A mnie się spieszy. Zostajesz tutaj, jedziemy tylko ja, Rune i Skalle.
       — A gdzie ci niby tak spieszno? — zapytał ją, a ona tylko popatrzyła na niego znacząco. Była wiosna, a ona miała jeszcze wiele do zrobienia. Do zimy, a co za tym szło zimowego przesilenia, zostawało jej coraz mniej czasu.
       Pojął to szybko, bo z jego twarzy spłynęła ta niezachwiana pewność, która jeszcze przed chwilą się na niej malowała.
       — A więc znaleźliście coś? — zapytał tylko, unikając jej spojrzenia.
       — Tak — przyznała. Bo zgrabne kłamstwo, to takie, które zawiera też sporo prawdy. — Znaleźliśmy. Jednego z nich.
       Oczy Brekki rozbłysły i już w tym momencie pojęła, że popełniła błąd.
       — Błagam, pozwól mi jechać. — Złapał ją za ręce i całkiem zmienił ton. — Błagam. Muszę to ujrzeć na własne oczy. Przysięgam, że nie będę opóźniał!
       Svea i Rune wymienili spojrzenia. Oboje wiedzieli, że zabranie Brekki absolutnie nie wchodzi w rachubę, a jednocześnie pojmowali, ze to człowiek uparty jak osioł o poranku, i że z takim się nie wygra.
       Svea wreszcie westchnęła głośno i rzekła:
       — No dobrze, ale pod warunkiem, że twój ojciec się zgodzi — rzekła, na co Brekka nieładnie się skrzywił.
       — Nie muszę pytać ojca o zgodę — burknął.
       — Owszem, musisz, jest cesarzem — ucięła. — Ja również muszę. Jeśli ci pozwoli, to możesz z nami jechać.
       Svea już dokładnie obmyśliła, jak rozwiązać ten problem. I postanowiła uczynić to niezwłocznie.

*

       — Wasza wysokość? — zapytała, pukając w uchylone drzwi jednej z komnat, za którymi zniknęła właśnie cesarzowa.
       Sigrun zwróciła na nią uprzejme, troskliwe, pytające spojrzenie.
       — Witaj, Sveo — powitała ją z uśmiechem. — Czegoś ci potrzeba?
       — Właściwie to szukam cesarza — wyjaśniła spokojnie. — Ale i twój głos, pani, w tej sprawie nie zaszkodzi.
       Sigrun popatrzyła na nią dziwnie, ale skinęła głową.
       — Hrodgar poszedł do koszar, powinien niedługo wrócić. Tymczasem usiądź — wskazała jej dłonią krzesło, sama natomiast usiadła po drugiej stronie stołu, naprzeciw  niej — i powiedz, co takiego cię dręczy.
       Svea usiadła i przygładziła suknię na kolanach, a potem popatrzyła na cesarzową poważnie.
       — Musisz, pani, zabronić Brekce jechać ze mną na wyprawę. Już tłumaczę o co mi idzie, ale najważniejszą rzeczą jest to, że absolutnie musicie mu oboje tego zabronić. Przysięgłam, że pozwolę mu jechać, jeśli wy, pani, się zgodzicie. Nie wątpię w wasz rozsądek, dlatego wiem, że będziecie podzielać moje zdanie w tej kwestii.
       Sigrun popatrzyła na nia uważnie.
       — Dobrze, w takim wypadku słucham, czego dotyczy ta wyprawa?
       — Ja, Skalle i Rune musimy pojechać na ziemie Plemieńców — powiedziała Svea, a twarz cesarzowej przybrała wyraz zdziwienia.
       — Ależ po co? — zapytała cicho. Znać było, że takowy pomysł uważa za kompletne szaleństwo.
       — Rune odnalazł jednego z nich — powiedziała Svea poważnie. — Odnalazł jednego z nieudanych półbogów. — Svea uśmiechnęła się. — Zawsze uważałam, że „Yonah” brzmi nieco dziwnie, jak na język Plemieńców. Jak się okazuje, to jedynie przeinaczone karjalaańskie „Joona”.
       Sigrun wpatrywała się w Sveę wzrokiem pełnym niedowierzania, tak jakby nie była pewna, czy dziewczyna ma do końca dobrze w głowie. Svea o mało się nie roześmiała. Nawet ona sama była zdania, że nie — wcale nie ma dobrze w głowie.
       — Chcesz tam pojechać — zaczęła i zaraz urwała w pół zdania. — Chcesz tam pojechać i dostać się do Yonaha? Przecież… och, dostaniesz się, dostaniesz! W kawałkach!
       Svea ze stoickim spokojem zniosła jej wybuch wiedząc, że kieruje nią jedynie troska i reakcja na absurd tego pomysłu. Ona, po prawdzie, uważała podobnie, ale wolała trafić na stół ofiarny Yonaha niż zgodzić się na to, co z pewnością szykował dla niej Lorcan. Po stokroć wolała umrzeć jako ofiara dla boga, niż żyć jako więzień innego.
       Yonah był jednym z wielkich bóstw Plemieńców. Czczony był jako patron ciemności, śmierci i zarazy, który miał chronić swój lud przed tymi plagami. To było tak oczywiste, że teraz, kiedy Rune to odkrył, Svea dziwiła się, że sama nie powiązała tych faktów. Bo mówiło się, że Yonah to nie tylko puste wierzenie; mówiło się, ze ciało Yonaha spoczywa w krypcie, na kamiennym tronie, a krew ofiar mu składanych spływa specjalnymi żłobionymi kanałami wprost do jego stóp z nadzieją, że któraś okaże się godna przywrócenia bogu życia. Teraz to wydało jej się oczywiste — Plemieńcy potrzebowali krwi kogoś z potomków tych wybranych przed wiekami do służenia bogom. Ta krew mogła obudzić Yonaha, ponieważ był on jednym z owianych legendą dziewięciu sług Azarusa.  Svea dziwiła się, że nie powiązała tych faktów wcześniej, ale też nigdy by jej nie przyszło na myśl, że knowania Azarusa i sprawy bogów Cynedoru mogą zawędrować aż tak daleko od tych ziem. A jednak Joona był tam, pośród wyznających wiarę w niego krwiożerczych kanibali, składających mu brutalne ofiary z ludzi. Svea nie wiedziała, czy Joona ma tego świadomość, a jeśli tak, to czy by mu się to podobało, albo nawet czy w ogóle by go to obchodziło. Nie wiedziała o nim jeszcze zbyt wiele, nic prócz tego, że był magiem, że według Plemieńców zasiada na swym kamiennym tronie odziany w osłaniające ciało szaty, na chudych dłoniach ma rękawice, a twarz jego przysłania rzeźbiona w metalu maska, lśniąca światłem najjaśniejszych gwiazd.
       Jeżeli Rune się mylił, jeżeli Yonah nie był Jooną, to ich los tam właśnie się dopełni.
       Ale Svea czuła, ze się nie mylą. Czuła, ze to właściwy trop. Czuła się podobnie jak przed laty w Saarthal. Czuła, że coś ją przyzywa, że pragnie jej obecności, jej krwi, jej całej. Tylko tym razem nie było to tak przerażające, a całkiem przyjemne. Jakby ten ktoś czekał z nadzieją, a nie perfidnym, okrutnym planem wyrządzenia jej krzywdy. Nie wiedziała ile z tego jest prawdą, a ile sobie wymyśliła, ale jej serce rwało się do obudzenia Joony.
       — Wierzę, że nie — rzekła Svea. — Wiem, że to za mało, byś mi uwierzyła, pani, ale jestem absolutnie pewna swego. Yonah to Joona, jeden z Dziewięciu, a ja go obudzę. Mam nadzieję, że zdąży się obudzić, nim oni mnie zabiją. Ale muszę spróbować. Inaczej i tak jestem stracona, pani.
Svea nie wiedziała, skąd w niej ta pewność, ale wcale nie zaprzątała sobie tym głowy. Przeszło jej jedynie przez myśl, że Rune byłby z niej bardzo dumny widząc, jak głupio zachłysnęła się wiarą we własne możliwości.
       Sigrun wyraźnie nie wiedziała, co rzec. Wreszcie westchnęła głośno.
       — Uważam, że nie powinnaś jechać — przyznała. — Lękam się, że nie wrócisz, dziecko. Ale też wiem, że nie mam siły, by cię zatrzymać. Hrodgar z pewnością rzeknie ci to samo. Jedź, jeśli taka jest twoja wola. Ale absolutnie zgadzam się z tobą w kwestii udziału Brekki. Nie pozwolę mu jechać.
       Svea pokiwała głową i uśmiechnęła się smutno, ale z wdzięcznością.
       — Dziękuję — rzekła. — Miałam nadzieję, że tak postąpisz, pani.
       Sigrun jednak nie zareagowała na jej słowa. Wpatrywała się w przestrzeń gdzieś za nią, wyraźnie zamyślona. A potem rzekła spokojnie:
       — Sveo, mit o Yonahu… jest tak stary, że nie można nawet ulokować go w konkretnym miejscu w czasie — rzekła. — Badacze nie wiedzą, kiedy zaczęto go czcić. Żadne źródła nie sięgają tak zamierzchłej przeszłości.
       — Tak, wiem — powiedziała cicho Svea.
       To implikowało bardzo wiele. Joona mógł nie znać języka w takiej formie, w jakiej funkcjonował on obecnie. Oczywiście z całą pewnością mówił językiem ludu Karjalaal, który Svea, na szczęście, znała. A przynajmniej jego starą odmianą. Ale musiał być istotą tak starą, że być może nie będzie potrafił pojąć dzisiejszego świata. Być może nie będą w stanie się porozumieć. A być może… być może opowie im o Karjalaal. Być może jest jedyną istotą, która pamięta czasy nim tętniąca magią wyspa została pochłonięta przez Morze Iss.
       Legendy mówiły, że Karjalaańczycy nie są ludźmi, choć to pozostawało kwestią sporną, bo tak naprawdę co było definicją człowieczeństwa w takim rozumieniu? Jej zdaniem była to oczywista bzdura, nie było w nich nic nieludzkiego, Svea to wiedziała, bo sama była jedną z nich, ale faktem pozostawało, że legendy i podania uparcie twierdziły co innego. Mówiło się, że to plemię czarowników i wiedźm, a sama ich ziemia tętniła magią, przesycając nią na wskroś całe ich istnienie. Przed tysiącami lat, kiedy Frostengeir był zieloną, tętniącą życiem krainą, a ziemie Gronedonu były tak jałowe, że nie mogło na nich egzystować żadne, najwytrwalsze nawet życie, Karjalaal była chłodna, niegościnna, przez większość roku skuta lodem i przykryta płaszczem śniegu, by na kilka miesięcy rozkwitać i nabierać życia. Lud Karjalaal, według niektórych badaczy, był ludem drobnych, wątłych i rachitycznych istot, wykazujących jednak zaskakującą odporność na surowe, panujące na Karjalaal warunki klimatyczne. Skórę mieli cienką, niemal przezroczystą, ale odporną na mróz. Ludzie z kontynentu lękali się ich, biorąc ich za żywe trupy; naczynia krwionośne, prześwitujące spod cienkiej, pergaminowej skóry, srebrnoszare włosy i jasne, trupioblade tęczówki nadawały im może nieco złowieszczego wyglądu, ale nie było to nic więcej niż pozory. Mówiono, że dotyk Karjalaalczyków był zimny jak dotyk lodowych upiorów. W to akurat Svea była gotowa uwierzyć, albowiem niższa temperatura ciała była oczywistym przystosowaniem do zimnych, surowych warunków północnych ziem, mówimy zresztą o czasach tak odległych, że wiele ewolucyjnych zmian było możliwych. Ludzie na Karjalaal rodzili się magami, bo magia była jedynym, co pozwalało im przerwać. Pomimo ogromnej potęgi byli jednak ludźmi pokojowymi i w historii Cynedoru nie został odnotowany ani jeden przypadek ataku Karjalaalczyków na jakiekolwiek inne ziemie. A później klimat zaczął się zmieniać; magia nie wystarczała już do przetrwania na Północy, a Karjlaal najpierw zmieniło się w lodowiec, by wreszcie zostać wchłoniętą przez zamarzające Morze Iss i już nigdy się z niego nie wyłonić.
       Karjalaańczycy musieli uciekać na południe. Choć z początku nie byli mile widzianymi gośćmi, wkrótce zasymilowali się z rdzenną ludnością Frostengeiru, a pamięć po tych wydarzeniach została już niemal całkiem zatracona. Karjalaalczycy nie są już traktowani jak obcy, raczej jak ciekawostka kulturowa, a po ich upiornej aparycji pozostały już tylko wątłe ciała i lśniące niby srebro włosy, wysoko cenione we frostengeirskich zamtuzach.
       — On może… potrzebować opieki — rzekła Sigrun. — Może nie będziecie mogli się porozumieć. A może on po prostu nie zechce egzystować w zupełnie mu obcym świecie.
       — Nie boję się o to za bardzo, pani — rzekła Svea. — Dawni Karjalaańczycy byli magami po stokroć potężniejszymi od dzisiejszych. Mówi się, że gwiazdy gasły i rodziły się zgodnie z ich wolą i na ich życzenie. A on, zostając półbogiem, musiał wyróżniać się spośród nich. Nie sądzę, żeby nie był w stanie pokonać problemów komunikacyjnych. Zresztą nasz język, mam nadzieję, aż tak się znowu nie zmienił. Nie wiem, jak to będzie, ale on jest moją jedyną szansą.
       — Kto taki? — Svea usłyszała za plecami głos Hrodgara.
       Svea i Sigrun streściły mu więc pokrótce całą sprawę. Z początku cesarz przyjął ją z podobnym sceptycyzmem, co Sigrun, ale wysłuchawszy argumentów Svei doszedł ostatecznie do wniosku, że nie ma wyjścia i taka wyprawa, choć karkołomna, jest rzeczywiście jedyną na chwilę obecną możliwością ratunku.
       — Dobrze, zostawcie Brekkę mnie — oświadczył. — Będzie się rzucał, koniec końców to mój syn, ale poradzę sobie z nim. Dziękuję, że nam o tym powiedziałaś.
       Svea westchnęła ciężko.
       — Koniec końców ja jestem chyba mądrzejsza niż on — stwierdziła. — No dobrze, w każdym razie zabieram Runego i Skallego. Wyruszymy na dniach, tylko zorganizujemy zapasy i sprzęt. Mamy swoje konie, ale wzięlibyśmy też jednego lub dwa luzaki, jeśli pozwolicie.
       — Zamierzacie go tu przyprowadzić? — zapytał ją Hrodgar.        
       — Tak — powiedziała. — Jeśli tylko znajdziemy sposób na to, by mógł oddalić się od miejsca spoczynku. Rune wierzy jednak, że jeżeli pokonałam ograniczenia czasowe, to z całą pewnością uda mi się też z tymi przestrzennymi. Mam nadzieję, że ma rację.
       — Na magii to ja się nijak nie znam. — Hrodgar uniósł wielkie łapy w geście kapitulacji. — W tej kwestii rady nie udzielę. A jeśli idzie o Plemieńców, to cóż… polecam nie stawać do walki.
       — Właściwie… —  Svea zawahała się. Nie wiedziała, czy kiedy usłyszą, jak absurdalnie karkołomny plan obmyślili, zgodzą się ją puścić. Po chwili jednak doszła do wniosku, że rzeczywiście, jak rzekła Sigrun — żadne z nich nie ma dość sił, by ją powstrzymać. — Właściwie to zamierzamy ich odnaleźć i po prostu pozwolić się schwytać. Przecież poznają, że jesteśmy obcy i z całą pewnością zechcą złożyć nas w ofierze. A przecież o to nam właśnie chodzi, prawda? Żeby odnaleźć Yonaha. To jest absolutnie pewny sposób. Bo mamy pewność, że nie zabiją nas wcześniej.
       — A co potem? — zapytał ją Hrodgar, wyraźnie pobladły. Svea wiedziała, że zetknął się kiedyś z Plemieńcami, ale wolała o to nie pytać. Nie była pewna, czy opowieści o dzikich kanibalach nie przeraziłyby jej tak mocno, że jednak zmieniłaby zdanie i wolałaby z podkulonym ogonem wrócić do Lorcana. Nie zamierzała przeceniać swojej i tak wątpliwej odwagi.
       — Potem… mam nadzieję, że uda mi się ich powstrzymać przed zabiciem nas choć na chwilę. — rzekła. — To powinno być wystarczająco.
       — Jak możesz ich powstrzymać? Z pewnością mają swoich magów. Z pewnością nie tak potężnych, jak ty, ale czasem zwycięstwo nie jest kwestią możliwości, a przebiegłości — pouczył ją cesarz. — I oni mogą być po stokroć przebieglejsi od ciebie. Mogą zniwelować działanie twojej magii. Mogą zrobić cokolwiek, przeklętej po stokroć magii nie da się przewidzieć, na żelazny tyłek Cadrosa!
       Sigrun popatrzyła na Hrodgara ze sceptycznym zainteresowaniem. Ten machnął ręką, poirytowany jej spojrzeniem.
       — Och, ostatecznie mój nieudany ojciec był magiem, co nieco mi się na ten temat obiło o uszy — burknął. — Ale lepiej ucz się z moich doświadczeń zamiast boleśnie zdobywać własne, Sveo.
       — Cóż, prawdę mówiąc pomyślałam o tym — rzekła Svea. — To znaczy o magii. Oczywiście mam świadomość, że to, że nie potrzebuję napojów wzmacniających tak naprawdę nie daje mi przewagi, bo są proste czary, które mogą rozłożyć mnie na łopatki. Ale nie zniwelują działania mojej magii, jeśli rzucę czar na siebie, nie na nich.
       — A w czym miałoby ci to pomóc? — zapytał ją cesarz. Sigrun natomiast przyglądała się jej z wyraźnym zainteresowaniem.
       — Ciężko mi to wyjaśnić… —  powiedziała powoli Svea. — To dość skomplikowany proces. Najprościej będzie chyba powiedzieć, że spróbuję wstrzymać czas. W praktyce naturalnie nic się nie stanie, to nie do końca tak, takiej mocy chyba nikt nie posiada. Ale sądzę, że jestem w stanie wymusić na sobie poruszanie się… Inaczej. Być może uda mi się przesunąć w czasie…. Nie, nie mam na myśli teleportacji, to niemożliwe, ani nawet skoku w czasie dosłownie, że umknie mi parę chwil, choć i tak może to wyglądać… Cóż, proces jest skomplikowany, w każdym razie efekt będzie dokładnie taki, jakbym na chwilę spowolniła czas, choć to zaklęcie podziała tylko na mnie, pojmujecie? To ja przesunę się w czasie, będę inaczej postrzegać jego bieg. Jeśli mi się uda, to dotrę do niego, nim ofiarny nóż zdąży opaść.
       — A jeśli się nie uda?
       — To umrę.
       Powiedziała to z przerażającym, stoickim spokojem, jakby zupełnie za nic miała sobie dalszą egzystencję. Koniec końców zresztą było w tym trochę prawdy.
       — Ale wierzę, że to się uda — powiedziała Svea, widząc reakcję, jaką wywołały jej słowa. Sama nie była do końca przekonana, czy to się powiedzie, ale na chwilę obecną to był jej jedyny plan. Nie wiedziała, czy Plemieńcy zgotują jej większe okropności niż Lorcan, ale pocieszało ją, że zanim pożrą jej ciało, zabiją ją i złożą w ofierze bogu. Perspektywa śmierci pewnej, lecz szybkiej w porównaniu do prawdopodobnej, ale oczekiwanej w bólu, upokorzeniu i niewoli wydawała się, wbrew pozorom, zaskakująco atrakcyjna.
       Oni w nią nie wierzyli, widziała to w ich twarzach. O ile Hrodgarowi udawało się to ukryć, o tyle Sigrun zbladła już tak, że sama niemal przypominała dawnych Karjalaańczyków. Nie wierzyli, że jej się powiedzie. I ona sama nie była przekonana, czy to wszystko jest mądrym pomysłem. Tylko jaki miała wybór?
       — Pani — odezwała się cicho dziewczyna, zwróciwszy się do cesarzowej. — Gdybym nie wróciła… To weź moją włócznię. Nie zabieram jej, na nic mi się tam nie zda, a nie chcę ryzykować, że ją stracę. Jest mi bardzo droga. Nikomu prócz ciebie na nic się nie zda. To oczywiście zaklęta broń, ale wymaga umiejętności magicznych, by w ogóle móc się nią posługiwać. Będzie ci dobrze służyć.
       Sigrun ściskała Sveę na pożegnanie długo i serdecznie, aż dziewczyna zaczęła się niecierpliwić i czuć nieswojo, nie śmiała jednak pisnąć ani słowa.
       Odjechali we trójkę, ona, Skalle i Rune, żegnani oburzonym i zagniewanym spojrzeniem Brekki, ciskającego na ojca wszelkie chyba przekleństwa, jakie przeszły mu przez myśl, jako że Hrodgar wyjawił mu prawdę dotyczącą ich wyprawy.
       Svea się z nim nie pożegnała. Po pierwsze i najważniejsze: zamierzała wrócić. A po drugie, to bała się spojrzeć mu w oczy i powiedzieć, że to nie jest pewne. Bała się, że to, co by w nich ujrzała, skłoniłoby ją do tego, by zostać.

*

W dzień przed wyjazdem szczęśliwie otrzymała od ojca stos listów, jakimś cudem przyniesiony przez jednego kruka. Svea nie dziwiła się, że tak długo to trwało; biedne ptaszysko padło na dziób kiedy tylko zostawiło jej przesyłkę. Svea osobiście zaniosła go do ptaszarni i siedziała z nim, czekając aż się naje i wypocznie, aby odesłać do go ojca z krótkim podziękowaniem i informacją, że udała się do Antremural i odezwie się, kiedy wróci.
Nie było jej łatwo okłamać ojca, ale istniało ryzyko, że to matka przeczyta list, a wtedy z pewnością pognałaby na łeb na szyję za nią, do samych Plemieńców. Svea nie mogła na to pozwolić.
Spakowała listy od ojca w swój podróżny plecak wraz z ubraniami i przydatnymi alchemicznymi środkami. Zapomniała jednak o nich na długi czas.
Droga przez Gronedon mijała im szybko i była zaskakująco spokojna. Svea jakiś czas odkładała na tę wyprawę, Skalle też miał nieco oszczędności z pracy u kowala, nawet cesarz Hrodgar wetknął jej w ręce parę złotych monet i odmówił przyjęcia ich zwrotu, tak więc ich sakwy miały się całkiem dobrze. Póki się dało, pozwalali więc sobie na noclegi w karczmach, licząc się z tym, że jeśli uda im się wyciągnąć maga Joonę od Plemieńców, to i tak będą musieli nocować pod gołym niebem, nikt bowiem nie przyjąłby pod swój dach dotkniętego Azarus tylko wie jakim morem. Nawet, gdyby zapewnili, że na nikogo innego on nie przejdzie nikt by nie uwierzył. Pieniądze należało więc w większości pożytkować teraz, zostawiając tylko co nieco na czarną godzinę i na strawę w drodze powrotnej.
Po dwóch tygodniach drogi dotarli na granicę z Antremural. Svea nigdy nie była w tym odległym kraju. Słyszała, że zawsze jest tam ciepło, że wszyscy, nawet niewolnicy, mają poobiednią przerwę od pracy, a sam naród jest bardzo religijny. Wyznawali wiarę głownie w Sefemisa, ale nie jako boga magów, a patrona nauki. Pozostali bogowie również mieli swoje miejsce w sercach tego dziwnego ludu. Antremuralczycy byli błyskotliwymi uczonymi, choć na ogół próżno było szukać u nich magów — jeżeli już jacyś się trafiali, to byli to raczej kuglarze, niż prawdziwi, zdolni czarownicy. Svea nie wiedziała właściwie z czego to wynikało.
Wiedziała też, że w przeddzień równonocy wiosennej zaczyna się w Antremural karnawał na cześć bogów. Wiedziała to, ponieważ tego dnia przyszła na świat.
Skalle i Rune o tym pamiętali i pierwszy z nich zapłacił za wystawną kolację, na której nie mogło zabraknąć ukochanego przez Sveę i drogiego jak nieszczęście mięsa halli. Zapijali to nieprzyzwoicie drogim winem z Arvenii i Svea, nieprzywykła do tak mocnych trunków, już wkrótce poczuła, jak szumi jej w głowie.  Rune natomiast podarował jej oprawiony srebrem błękitny kryształ. Svea założyła go sobie na szyję: uważała, że jest bardzo piękny — całkiem przejrzysty, o pięknym, lazurowym kolorze. Mogła się mylić, ale wydawało jej się, że to odmiana kwarcu górskiego, zwana pięknym imieniem aqua aura. Rune rzekł jej, że przyda jej się, kiedy bardzo będzie chciała coś ukryć, ale nie powiedział nic więcej, co wyjaśniłoby jej to tajemnicze stwierdzenie.
— No proszę, maleńka, to ile lat ci stuknęło? — zapytał ją Skalle. Zaraz potem pociągnął ze swojego kielicha solidny łyk wina. — Feeee, paskudztwo. Hej, panienko, daj no mi tu miodu, co? Trójniaka macie? Na norską modłę?
— Coś się znajdzie, panie — zagruchała dziewka i w podskokach pobiegła za szynkwas poszukać rzeczonego trunku.
— Dwadzieścia trzy — odpowiedział za Sveę Rune, widząc, że ta nadto zapchała się mięsem halli i świeżym, ciepłym jeszcze chlebem. Uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością, choć wypadło to marnie z pełnymi ustami. — Chciałbym, właściwie, wiedzieć, ile ja mam lat. Chociaż, do wszystkich diabłów, czuję się, jakbym przeżył już wieczność.
— No właśnie, Drewniaku — zagrzmiał Skalle. Podziękował dziewce za miód i hojnie go sobie nalał. Upił łyk i westchnął z zadowoleniem. Rune obojętnie dłubał w talerzu i oddzielał mięso od kości. — Jak to jest — mówił — pamiętasz coś z czasów zanim dostałeś się Svei?
— Tak, właściwie, to tak — przyznał. Nadział na widelec kawałek mięsa i je przeżuł. Popatrzył na Sveę niemal z obrzydzeniem. — Jak możesz tak za tym przepadać? Twarde, jakbym żuł korę.
— Bo zbyt agresywnie je gryziesz — powiedziała cierpliwie. — Delikatniej. I zobaczysz, że zrobi się miękkie. Halla ma najlepsze mięso na kontynencie.
— Obrzydlistwo — powtórzył Rune. Ale zjadł kolejny kawałek. — O czym to ja… Ach, tak. No więc tak, właściwie mam jakieś wspomnienia sprzed tego okresu. Ciężko mi umiejscowić je w czasie, w przestrzeni zresztą również. Wiem, że kilka razy moja natura była… zmieniana przez Wielkiego Władcę. Ale pamiętam, że wpierw, zanim jeszcze jakkolwiek we mnie zaingerował, wykopał mnie z ziemi. I pamiętam, że miałem wtedy świadomość. Urodziłem się… choć może to nie jest najodpowiedniejsze słowo… Z pewną szczątkową świadomością. Pamiętam, że prócz ziemi było nade mną drewno.
— Może szubienica? — podsunęła Svea. Obaj mężczyźni popatrzyli na nią tak, jakby była niespełna rozumu. Dziewczyna przełknęła ostatni kęs mięsa i poklepała się po zaokrąglonym od nadmiaru jedzenia brzuchu. Wiedziała, ze będzie tej kolacji żałować, ale na razie miała to w nosie. Upiła łyk wina; w głowie jej szumiało. — Że Skalle nie wie, to mogę jeszcze zrozumieć, bo jego wiedza na magiczno— alchemiczne tematy jest więcej niż marna — oświadczyła bezlitośnie. Skalle prychnął pogardliwie. — Ale twoja, Rune?
— A skąd niby miałbym taką zaczerpnąć? — Uniósł wysoko swoje niekształtne, kosmate brwi. Svea pomyślała, że to tylko głupi wykręt. Słuchał na zajęciach w Akademii równie uważnie, jak ona.
— Pod szubienicami rosną magiczne mandragory — powiedziała. — Zwyczajne mandragory mają, oczywiście, właściwości lecznicze. Ale te spod szubienic są magiczne. Niektórzy wierzą, że są świadomymi istotami.
— A dlaczego akurat spod szubienic? — zapytał Skalle. — Co, tam jakaś lepsza ziemia, czy co? Podobno nieboszczyk czasem narobi pod siebie, no i owszem, ziemia żyzna, ale…
— Nie dlatego — powiedział Rune, machnąwszy ręką. Wydał się Svei zamyślony. — Takie mandragory wyrastają z nasienia powieszonych morderców.
Rude i krzaczaste brwi Skallego powędrowały wysoko.
— Mówiłeś, że nic o tym nie wiesz — zauważył.
— Bo tak myślałem — przyznał. — Ale kiedy Svea o tym wspomniała… Tak, możliwe, że to była szubienica. No proszę, zatem stałem się potwierdzeniem wiejskiego bajdurzenia. Kto by pomyślał. Co za niesamowite osiągnięcie, nie musicie mi się kłaniać.
— Będziesz jadł tę hallę? — zapytała Svea, wskazując jego niedojedzone mięso. Odsunął od siebie talerz ze wstrętem.
— Dziękuję, wolę już raczej trociny.
Svea nie dała się prosić i przysunęła do siebie kolejną porcję pysznego mięsa, wiedząc dobrze, że żołądek jej tego nie podaruje. Ach, pal to licho, pomyślała. Raz w życiu kończy się dwadzieścia trzy lata. Zabrała się za pałaszowanie kolejnego kotleta.
— A co pisał Eskil? — zagadnął ją Skalle. Svea, mając pełne usta, wzruszyła ramionami. Nie zdążyła jeszcze przeczytać tych listów. Rune, nie pytając jej o pozwolenie, sięgnął po jej plecak i wygrzebał w nim pęk kopert. Otworzył pierwszą z nich i błyskawicznie przesunął oczyma po tekście.
— Nie, nic tu nie ma — powiedział, krzywiąc się. — To znaczy jest, ale nic, czego byśmy już nie wiedzieli. Tutaj też nie.
Przekopał się tak przez cztery z pięciu kopert, aż wreszcie coś zaciekawiło go w ostatniej.
— Tu jest coś ciekawego — powiedział. Svea zakrztusiła się mięsem. Musiała popić je winem, ale to nie pomogło. Dopiero wielka łapa Skallego, uderzająca ją w plecy cokolwiek jej pomogła. — Tu jest coś, o wyjątku pośród tych wszystkich śmiesznych potomków boskich pachołów — powiedział Rune. Jego jaskrawe oczy przesuwały się niespokojnie po tekście. — Jest to i owo o Mącicielu, który miałby się stać Odnowicielem lub Niszczycielem. A poznać mielibyśmy go po tym, że może wybudzić tych nieszczęśników permanentnie. — Uniósł oczy na Sveę. — Twój ojciec to pokreślił. Kilka razy — dodał, pokazując jej kartkę. To nie było pismo Eskila, zresztą list był podpisany przez obecnego Komandora Inkwizycji w Umei, ale silne, zamaszyste podkreślenie z całą pewnością było jego. — Brzmi znajomo, co?
— Tak — przyznała. Popatrzyła na Skallego. — Słyszeliśmy to już, prawda? Wiele razy. Tylko, ze nic z tego nie wynika. Słuchajcie — odezwała się nagle. — Ten drań powiedział mi, że istnieje przepowiednia, która mnie dotyczy i którą bardzo chce, bym wypełniła. Ale, powiedział, że nie może mi zdradzić zupełnie nic na jej temat, ponieważ jednym z jej wymogów jest to, abym na własną rękę poznała całą prawdę. Myślę, że on jej nie zna — dodała po chwili. — Tej przepowiedni. Słyszał tylko jakieś urywki, ale nie wie, co dokładnie w niej jest. Mam wrażenie, że zna jej główną ideę i nic ponadto. I to ta idea sprawia, że uczepił się mnie jak rzep psiego ogona.
— Ale musiałaby być bardzo stara — powiedział Rune. — Bo nie ma już…
— Tak, nie ma już prawdziwych Proroków, też mi to powiedział. — Machnęła ręką. — Wiem, ostatnia była Anri. Więc to musiało być przed nią. Powiedział mi też coś o tym, że dla każdego z nich została wygłoszona przepowiednia. I że… Nie, to nie ma znaczenia.
— Sama nie możesz tego ocenić.
— Jak raz zgadzam się z tą kupą drewna.
Rune i Skalle wymienili spojrzenia. A potem obaj spojrzeli na Sveę.
— No mów — burknął Skalle. Svea głęboko westchnęła. Upiła kolejny łyk wina. Znów zaczęło jej przyjemnie szumieć w głowie. A może by się tak upić? Zawsze stroniła od alkoholu, ale raz na jakiś czas i jej coś się należało. Wychyliła cały kielich, do dna, śledzona pytającymi spojrzeniami swoich towarzyszy, które jednak całkiem zignorowała. Krew aż huczała jej w głowie; zrobiło jej się gorąco. Bardzo dobrze.
— Powiedział, że jego przepowiednia mu mnie obiecała — wydusiła z siebie, nie patrząc na żadnego z nich. — Że nie ma znaczenia, co zrobię, a i tak będę na niego skazana. Na wieki. Tak powiedział.
— Coś jeszcze? To już mi mówiłaś.
— Nie, Skalle, daruj, ale nie miałam wtedy nastroju do wypytywania go o jego wątpliwe roszczenia, kiedy wiedziałam…
— No już, maleńka, uspokój się — powiedział, chcąc ją ugłaskać. — No palnąłem głupotę, niech skonam. Wybacz.
Svea od razu złagodniała.
— Przepraszam, jego temat tak na mnie działa — powiedziała cicho. — Nie chcę już o tym draniu rozmawiać. I tak nie mamy żadnego dostępu do przepowiedni. Jedyne, co możemy ustalić, to to, że z pewnością jestem tą śmieszną Mącicielką. Myślę, że co do tego nie ma już żadnych wątpliwości.
Żaden z nich nie zgłosił sprzeciwu.
— I na tym skończmy — powiedziała. — Mam urodziny i nie chcę słyszeć nic o elfach, bogach i innych kurwich synach.
— Na kolec z dupy Fafnera, nie wierzę, że usłyszałem od ciebie przekleństwo! — zawołał Skalle.
Svea jakby dopiero teraz uświadomiła sobie, co powiedziała i natychmiast zakryła sobie usta dłonią. Rune roześmiał się w głos i dolał jej wina.

*
Stało się dokładnie tak, jak przypuszczała — żołądek nie zniósł ani nadmiaru jedzenia, ani niebotycznej ilości alkoholu, jaki w siebie wlała. Szczególnie, że kiedy skończyło się wino, po kryjomu upiła nieco miodu z kielicha Skallego. A potem jeszcze troszeczkę. Nie przywykła do takich ekscesów, zatem oczywistym następstwem było klęczenie za karczmą i wymiotowanie w krzaki.
Skalle, jako dobry przyjaciel, służył jej pomocną dłonią i trzymał jej włosy, by sobie na nie nie zwymiotowała. Svea klęczała za przybytkiem, nader malowniczo wypinając pośladki w stronę drogi i ledwie dała radę opierać się na kolanach i dłoniach. Jej żołądkiem targnął kolejny, niemal bolesny spazm i następna porcja porażająco drogiego mięsa halli poleciała na ziemię. Svea otarła usta rękawem.
— Na pokryte łuską jaja Fafnera… —  wycedził Skalle. — Dobrze, że Eskil tego nie widzi. Psiakrew, obdarłby mnie ze skóry, jakby zobaczył, do jakiego stanu pozwoliłem się doprowadzić jego najukochańszej córuni.
— Jestem jego jedyną córką — zauważyła. A potem znów zwymiotowała.
— No to raczej niechybnie przy tym najukochańszą — oświadczył. — Dasz radę wstać, maleńka? Rune ma dla ciebie wodę z solą. Wyrzygasz wszystko w mgnieniu oka i od razu ci będzie lepiej. Ale musimy iść do pokoju i nie zarzygać karczmy, co?
— Nie dam rady — jęknęła. Wszystko dookoła niej wirowało i ledwie była w stanie klęczeć.
— Ehhh, no dobrze — burknął Skalle. — Svea, poczekasz tu na mnie? — zapytał. Po chwili chyba uświadomił sobie, że w tym stanie raczej nigdzie nie pójdzie, bo zaklął szpetnie pod nosem. — Svea. Svea, słyszysz mnie? Jasna cholera, żeby jej tu nikt nie zaczepił…. Możesz ty czarować, co?
— Nie— e —   jęknęła.
— Jasna cholera — powtórzył. — Dobra. Dobra. Svea, czekaj tu. Biegnę do Runego i zaraz jestem tu z powrotem. Jasne?
— Jaa— asne.
I zostawił ją samą. Svea dokładnie w tym momencie przekręciła się na bok i upadła na ziemię, modląc się w duchu do wszystkich znanych jej bogów, żeby nikt jej nie zobaczył. Wszystko wirowało dookoła niej i niczego nie była w stanie zobaczyć.
Po co tyle jadła? Po co tyle piła? Dałaby wszystko, by móc znaleźć się w łóżku w domu rodziców. Matka na pewno zajęłaby się nią tak, że nawet nie poczułaby dobrze, że jest pijana. Albo raczej przeciwnie, zostawiłaby ją samą sobie, żeby miała nauczkę.
— No proszę, kogo my tu mamy… —  Usłyszała nad sobą męski głos. — Ojej. Nie wygląda to ciekawie.
Svea jęknęła. Chciała zapytać tego kogoś, kim był i czego chciał, ale z jej ust wyrwał się tylko bezsensowny bełkot. Do tego wszystkiego, choć jej mózg bardzo wolno działał, dodała dwa do dwóch i szybko uświadomiła sobie, czego może chcieć przypadkowy mężczyzna od pijanej na umór dziewczyny. Zatrzęsła się na samą myśl.
— Hej, przestań! — zawołał gość.
Svea uświadomiła sobie, że ma wrażenie, że zrobiło się zimno. Rzeczywiście, zrozumiała tyle, że jej magia chciała jej bronić, ale nic z tego nie wyszło. Wyładowała się tylko, zasysając ciepło z otoczenia. Jak zazwyczaj, kiedy targały nią silne emocje. Po co jej magia, jeśli przestawała działać, kiedy tylko się czegoś napiła?
— No już, uspokój się — powiedział. Ktoś się nad nią nachylił, tak nisko, że aż poczuła jego zapach.
— Ssssostawww mieeee — wymamrotała. Mężczyzna zaśmiał się.
— Spokojnie — powiedział.
Svea poczuła, jak złapał ją za ramiona i spróbował skłonić ją, by wstała. Próbowała się szarpać, ale skończyło się tak, że zwymiotowała, nie osiągnąwszy nic a nic. — No pięknie! — zawołał. — Narzygałaś mi na buty. Ech, będę je teraz czyścił pół dnia, psia mać… —  Podniósł ją i oparł ją o siebie. Długą, bardzo długą chwilę zajęło Svei zrozumienie, że nie musi się go bać. Gdyby pragnął ją skrzywdzić, to zrobiłby to na ziemi. Skoro pomógł jej pozbierać się do kupy, to najwyraźniej nie miał złych zamiarów. A może jednak? Objął ją w pasie i przyciągnął do siebie, aż Svei zrobiło się niedobrze, i to wcale nie od alkoholu. Wzrok wciąż miała rozmyty. Czuła się gorzej, niż przed chwilą.
— Chodź, maleńka, zajmę się tobą — powiedział niemal wprost do jej ucha. Sveę ogarnęły mdłości, ale już nie miała czym wymiotować. A potem zakręciło jej się w głowie i nie miała już zupełnie świadomości tego, co się z nią dzieje. Czuła na sobie tylko parę obcych rąk, która prowadziła ją sama nie wiedziała dokąd.
Ostatnim, co poczuła, zanim straciła świadomość, był przeraźliwy strach.

*

       Pierwszym, co poczuła, gdy świadomość odzyskała, był straszliwy ból głowy. Poruszyła się o setną część cala — na pewno nie więcej! — a miała wrażenie, że głowa pęknie jej na dwoje. A potem uświadomiła sobie, że poprzedniej nocy upiła się jak bela i ktoś ją gdzieś zabrał. Jej trzewia ścisnął lodowaty strach.
       — Ty mały gnojku, umierałem ze strachu o nią! — zawył Skalle. Svea myślała, że głowa jej eksploduje.
       — To tylko dowód na to, że taka z was kompania, jak ze smoczej rzyci trąba i od razu powinienem był z wami pójść! — zawołał ktoś inny. Potrzebowała bardzo, bardzo długiej chwili aby dotarło do niej, że głos ten należał do Brekki. Wskazywała też na to treść jego słów.
       Chociaż wszystko wciąż ją bolało, nie mogła opanować pełnego ulgi westchnienia. A więc to był Brekka… Och, bogowie, jakaż to była nieskończona ulga! Nie była na razie w stanie myśleć o tym, że przecież powinien był zostać w Grocie. Że powinien był słuchać ojca. Oraz że od początku musiał ich śledzić.
       — Brekka… —  jęknęła.
       — No, popatrz, obudziłeś ją! — fuknął na Skallego. Po chwili poczuła, jak ktoś przysiadł na skraju jej łóżka. — Jak się czujesz, mała? Okropnie, co?
       Wydała z siebie zbitek bezsensownych słów i jakiś zbolały bełkot.
       — Tak myślałem — podsumował. Svea poczuła, jak odgarnął jej włosy z twarzy i znów jęknęła. Światło słoneczne raziło jej oczy nawet przez zamknięte powieki. Głowa pulsowała bólem.
       — Dobra, barany, odsuńcie się — rozległ się dziarski glos Runego. — Drewniak zaraz coś na to zaradzi. Nie jęcz, Svea, mogłaś przewidzieć, że to się tak skończy, jesteś dużą dziewczynką. Wstawaj.
       Złapał ją za ramiona i pomóc jej wstać, a potem, nim zdążyła zaprotestować, wlał jej do gardła jakiś dziwny specyfik. Svea zakrztusiła się nim, ale Rune zmusił ją, by to połknęła. Poczuła w żołądku przeraźliwe gorąco, które wpierw było aż bolesne; miała wrażenie, że paliło jej żywcem trzewia. Po chwili jednak rozeszło się przyjemnie po całym jej ciele, uśmierzając ból. Wkrótce potem czuła się jak nowonarodzona.
       — Jak to zrobiłeś? — zapytała Runego, a on zaśmiał się pod nosem.
       — Uważałem na zajęciach z alchemii, w przeciwieństwie do ciebie — powiedział z właściwym sobie, nieco aroganckim uśmiechem. Svea ze wstydem jednak musiała przyznać mu rację. Potem przeniosła wzrok na Brekkę. Wydawał się zmęczony.
       — Co ty tu robisz? — zapytała.
       — Co on tu robi? — powtórzył Skalle ze złością. — Nie słucha cię! Nie słucha ojca, nie słucha nikogo!
       — Miałem cię zostawić? — zapytał Sveę. — Nie. Nigdy w życiu. Nie po tym, jak ojciec powiedział mi, gdzie tak naprawdę jedziecie.
       Svea przeklinała za to Hrodgara pod niebiosa, jednak nie wyrzekła ani słowa na ten temat.
       — Ty przeklęty szczeniaku — zagrzmiał Skalle. — Po kiego czorta żeś ją przed nami ukrywał?!
       — Bo wiedziałem, że będziesz się rzucać, że za wami przyszedłem — powiedział dumnym głosem Brekka. — Chciałem ci udowodnić, że z palcem w rzyci mogłem ci ją sprzątnąć sprzed nosa. Jestem wam potrzebny!
       — Ty mały…
       — Daj spokój, Skalle — powiedziała mu łagodnie Svea. — Już tu jest, nie ma po co się denerwować. No i cieszmy się, że to Brekka, a nie ktoś inny. Wcale nie byłam w stanie się bronić.
       — To akurat prawda — stwierdził Brekka, krzywiąc się. — Coś tam próbowałaś czarować, nawet się zląkłem, że rzucisz na mnie klątwę, ale zamroziłaś tylko trochę trawy. Kiepsko to wypadło. A w ogóle, to nieźle się ubzdryngoliłaś. Co świętowaliście?
       — Twoją nieobecność — burknął Skalle.
       — Skalle! — ofuknęła go Svea. — Daj mu już spokój. Właściwie to ma trochę racji. Nie, żebym oczekiwała, że będziesz mnie pilnował. Ale ma rację, że nie upilnowałeś. To mógł być ktoś inny.
       Brekka popatrzył na nią z takim uwielbieniem, jakby była co najmniej bogiem. Svea posłała mu uśmiech. Wiedziała, że to źle, że za nimi poszedł. Hrodgar się wścieknie. Będą musieli uważać, żeby nic mu się nie stało, był przecież następcą tronu. Wciąż. Ale skoro i tak już się stało i nic nie można było na to poradzić… to właściwie była szczęśliwa, że go widzi. Gdzieś w jej sercu zaczął już powoli rodzić się strach przed tym, że jednak umrze w tej podróży i już nigdy go nie ujrzy. Nie myślała o tym wcześniej, ale teraz, kiedy to do niej dotarło, uświadomiła sobie, że bardzo by tego nie chciała.
       Ukradkiem, tak, by ani Skalle, ani Rune tego  nie widzieli, wysunęła dłoń spod kołdry i zacisnęła ją na dłoni Brekki. Chłopak rozpromienił się i odpowiedział jej tym samym. Nie umknęło to uwadze Runego, który szturchnął Skallego i wskazał na Sveę palcem. Ale jej to nie interesowało. Dałaby bardzo dużo, aby mogło tak zostać już na wieki.


Netka Sidereum Graphics